Deathloop – recenzja
Arcane znowu w formie, czyli recenzja Deathloop
Najnowsze dziecko studia Arcane, a więc twórców takich hitów jak Dishonored czy Prey, to gra bardzo ciekawa, nawet jeśli spojrzymy na kulisy jej produkcji. Początkowo grę zapowiedziano jako exclusive na konsolę PS5, jednakże później zaatakowali zieloni – Arcane należy bowiem do Bethesdy, która z kolei jest własnością spółki ZeniMax Media, a ci zostali niedawno kupieni w całości przez Microsoft. Wydawać by się mogło, że Deathloop czekają opóźnienia przez nieuniknione tworzenie wersji na Xboxa, ale nie! Gra, choć wydana też na PC, pozostała tytułem związanym z PS5 i jeśli wierzyć słowom szefa Xbox Game Studios, Philowi Spencerowi, to sytuacja ta nie zmieni się przez przynajmniej najbliższy rok.

Rougelite z budżetem AAA?
Gatunkowo, Deathloop to połączenie FPSa i gry z gatunku rougelite, kojarzącej się często z projektami niezależnych deweloperów. Na taki miks składa się szybki, dynamiczny system strzelania i powtarzalność. Tak, powtarzalność. Nie jest to tutaj nic złego, wręcz przeciwnie, to najciekawszy aspekt gry – świat przedstawiony gry trwa zawieszony w powtarzającym się cyklu. Po każdej śmierci bohatera lub upływie 24 godzin przeżywamy prawdziwy dzień świstaka. Śmierć jest tu więc wpisana w narrację i to niewątpliwie stanowi najfajniejszy element tej produkcji. Poza tym, trudno mówić o jakichś większych zmianach w rozgrywce względem poprzednich gier studia. Jeśli ktoś grał w Dishonored, z pewnością odnajdzie się w bardziej dynamicznym Deathloop.
Kilka słów o fabule
Historia rozgrywa się w alternatywnych, nieco bardziej napompowanych adrenaliną latach 60. na plaży wyspy Blackreef, gdzie protagonista – Colt – budzi się nie do końca wiedząc, co się wokół niego dzieje. Czas na wyspie zdaje się nie działać jak należy, a żeby przerwać cykl, Colt będzie musiał odkryć przyczynę tego dziwnego zjawiska, łącząc informacje zdobyte podczas każdorazowej powtórki ostatniej doby.

Oprawa i optymalizacja
Przygotowana pierwotnie z myślą o konsoli PlayStation 5, gra wygląda nieźle, choć mogło być lepiej. Miejscami nie czuć tego „wow” z obcowania z tytułem next genowym – czasem wystraszą jakieś rozmyte tła czy szybko doczytujące się tekstury, ale poza tym jest całkiem przyzwoicie. Stylistycznie wyspa Blackreef to kocioł, do którego ktoś wrzucił Rapture z Bioshocka, Dunwall z Dishonored i posypał Gotham z Arkham Origins. Mówiąc krótko: jest kolorowo, klimatycznie, neonowo, czasem klaustrofobicznie. Wracając jednak do optymalizacji, gra na PS5 działa w dynamicznej rozdzielczości 4K i oferuje tryb jakościowy, czyli 30 klatek z włączonym Ray Tracingiem, oraz tryb wydajnościowy celujący w 60 klatek. Z pozostałych kwestii technicznych, można śmiało powiedzieć, że Deathloop nie ma (całe szczęście) jakichś poważnych bugów poza okazjonalnym, nic nie znaczącym błędem graficznym. Co się zaś tyczy wersji na Windowsa… no, tu jest już gorzej. Przy obecnej sytuacji na rynku kart graficznych płynną rozgrywką w wysokiej rozdzielczości cieszyć się mogą raczej nieliczni, a system Denuvo skutecznie uniemożliwia uruchomienie tytułu niektórym użytkownikom.
Dla kogo jest Deathloop?
Grę bez wątpienia polecić można fanom dynamicznych strzelanek z perspektywy pierwszoosobowej – tutaj ciekawostka, ponieważ sam Hideo Kojima odstawił grę na bok z powodu mdłości, które wywołują u niego FPSy. Fani poprzednich gier studia Arcane na pewno poczują się tu jak ryba w wodzie, a szczęśliwi posiadacze PS5 poszukujący nowych gier nie powinni być zawiedzeni. Na plus zaliczyć można oryginalny pomysł na fabułę i całkiem przyjemny model strzelania. Za minusy przyjąć można dość prostą sztuczna inteligencję i optymalizację wersji na PC. Sama mechanika pętli czasowej to sprawa raczej subiektywna, niektórym ten pomysł na gameplay przypadnie do gustu i docenią tę artystyczną wizję, inni, cóż, odczują lekkie znużenie powtarzalnością lokacji.
Ocena? 5/6
– Deathloop to wyjątkowy tytuł, który wciąga jak diabli i w Twojej pamięci zostanie na naprawdę długi czas…








